czwartek, 8 grudnia 2016

Rozdział 2

Uwaga trochę przyspieszymy się w czasie!!!

Nicol 

Według planów ustanowionych wcześniej wraz z rodzicami mieliśmy udać się na zakupy do szkoły. Oczywiście wszystki na ostatni moment. Kiedy wstałam ubrałam się w biały swetrej, czarne spodnie, a włosy pozostawiłam rozpuszczone. Niestety nie miałam czasu na nawet najdrobniejsze poprawki, ponieważ Will i rodzice darli się w dołu. Szybko chwyciłam telefon i włorzyłam go do szarej torebki. 
- Już? Wszyscy gotowi? To świetnie. - powiedziała mama gdy byłam już na dole. 
Wszyscy poszliśmy za mamą do kuchni. Wyciągnęła ona z komody jakiś worek w którym były...
- Miętówki?! Na serio? Myślałem, że my czarodzieje taleportujemy się jakimś kominkiem. - powiedział Will
- Wyjołeś mi to z ust. - szepnęłam do brata
- A więc tak podejdzcie tu i weźcie sobie po jednym cukierku. - rzekła mama zrobiłam to co mi kazała - A teraz je zjedzcie i myślcie o ulicy Kracianej.
Włorzyłam cukierek do ust i myślałam o tej całej ulicy. Na początku poczyłam, że mnie całą wypełnia słodki smak, a po chwili czułam, że zaczęłam się unosić. I rzeczywiście ja Will i rodzice unosiliśmy się jakieś pół metra nad ziemią. Po chwili całe pomieszczenie wypełniło białe, oślepiające świtło. Było ono tak oślepiające, że musiałam zamknąć oczy. Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam, że nie stoję już w kuchni, ale stoję na bardzo zatłoczonej ulicy.
- Dzieci. Witajcie na ulicy Kracianej tu znajdziecie całe wyposarzenie. 
- To gdzie najpierw? Może po taki patyk, ten...no jak on się nazywał? A już wiem Wibratorek. - zarzartował Will
- Jak już po różdżkę. I najpierw pujdziemy po książki, potem zeszyty, pióra, atranenty, szaty do szkoły i na końcu po różdżkę. Z tego co pamiętam to mamy jeszcze w piwnicy niezbędne składniki do eliksirów, fiolki i kociołki. Mam racje Clarie? - zapytał mamę tata
- Tak masz rację. - powiedziała mama.

~Dwie godziny później~

Kupiliśmy już wszystko, oprucz różdżkiRodzice zasugerowali, że my pójdziemy po nie sami, a oni pójdą coś załatwić. Weszliśmy do sklepu gdzie pracował nijaki Zenon Teathlr. Weszliśmy do niewielkiego, ale bardzo przytulnego sklepu.
- Och, pan i panna Anderson. Przeczuwałem, że niedługo się spodkamy. - rzekł starszy człowiek stojący za ladą. Pan Teathlr wyglądał na dość ulrzejmego mężczyznę. Nie był zbyt wysoki jest wyższy od Willa o jakiś decymetr. Właściciel sklepu zniknął za półkami, a ja i William wychylaliśmy się by cokolwiek zobaczyć. Nagle usłyszeliśmy jak starzec zaczą szeptać coś takiego: "Może te? Nie, nie. Zaraz...a mo-może te się nadadą?". Nagle przed nami pomownie pojawił się mężczyzna i dał nam różdzki były niemal identyczne, jednak mój brat miał różdżkę w kolorze czarnym, zas moja była biała. Machneliśmy nimi, a z patyków wydobył się blado niebieski płomień w krztałcie wilka.
- Wiedziałem, że te będą idealne. - uradował się właściciel sklepu. Zapłaciliśmy, a przed sklepem czekali na nas rodzice i trzymali dwa koty!
- To dla was. Tylko nie zabij cie ich Williamie. - rzekł tata
- Dla ciebie córeczko ten biały, a dla Willa czarny. - dorzuciła mama - Nadajcie im imiona. Dla ciebie Nicol to dziwczynka,  twój Willu chłopak.
- Nazwę ją...Eline. - powiedziałam
- A ja mojego Kiler. - nadał imię swojemu kotu William.


Narrator
Rodzeństwo Anderson wróciło do domu. Czternastolatki pochwalili się różdżkami rodzicom, spakowali się do szkoły i wyczekiwali następnego dnia.

---------------------------------------

  • Uwaga, sorki za długą nieobecność i słabą fabułe, ale to szybko się zmiemi. Ogłaszam konkurs kto wymyśli jakim środkiem transportu dostają sie animadzy do swojej szkoły? Najlepszy pomysł zostanie wykorzystany w histori. Pozdrawiam.

poniedziałek, 31 października 2016

Rozdział 1

Teatralnie przewróciłam oczami. Naprawdę nie chciałam iść do Willa, ale widocznie nie miałam wyboru. Przeszłam przez dzwi. Ku memu zdziwieniu brat naprawdę trzymał dwa listy w czerwonej kopercie i wpatrywał się w noe bardzo uważnie.
- Hahaha. Wiesz Will jeśli to jest jeden z twoich śmiesznych żartów, to wiedz, że nie nabieżesz mnie na sztuczke z listem z Hogwartu... - powiedziałam, ale brat mi przerwał
- To nie jest żaden żart. Wiem kiedyś tak robiłem, ale wyrosłem z jakiejś magi. Zresztą otworze ten list i pokażę ci, że to nie ja go nabazgroliłem. - tłumaczył się brat
- Dobra, dobra otwieraj tę koperte i czytaj! - powoli traciłam już cierpliwość
Akademia Panny Hamond
Szkoła dla animagów
Dyrektorka: Matylda Hamond 
Szanowny panie Anderson, 
Mamy przyjemność poinformować pana, że został pan przyjęty do najbardziej prestiżowej szkoły dla animagów Akademi Panny Hamond. Dołączamy liste niezbędnych książek i wyposażenia. Rok szkolny rozpocznie się pierwszego września. Oczekujemy pańskiej odpowiedzi nie później niż 31 lipca. 
Z wyrazami szacunku, 
Katherine Almos zastępca dyrektorki

Po przeczytaniu listu zaadersowanego do Willa sięgnęłam po mój, na dwóch listach była taka sama treść. Zapadła chwile ciszy, którą przerwał Will, ale o dziwo powoedział cos zupełnie normalnego .
- I co? Nadal myślisz, że to żart mojego autorstwa?
- Dobra wierze ci. - westchnęłam
Siedziałam na kanapie obok Willa i myśleliśmy od kogo może to być i czy przypadkiem nie jest to jakiś głupi żart rodziców. O wilku mowa, akurat do salonu weszło dwóch dorosłych. Brązowowłosa kobieta o szarych oczach i bladej cecze, oraz męszczyzna o włosach ciemny blond i zielonych oczach. Rodzice dostrzegli trzymane przez nas listy.
- Lucjan, trzeba im powiedzieć. - zagadnęła mama patrząc raz na mnie i brata.
- Masz racje skarbie... Williamie i Nicol chodzi o te listy. Ja i matka mamy pewną tajemnicę... Otóż nasza rodzina od pokoleń była animagami...
- Animagami?! - zapytaliśmy chórem
- Tak. Animag to osoba zmieniająca się w zwierze, a Akademia Panny Hamond jest miejscem, w którym animadzy uczą się zapanować nad swoimi zdolnościami.
- Acha czyli coś jagby Harry Potter? - zapytał Will, który sprawiał wrażenie jagby nic, a nic go nie interesowało, więc posłałam mu piorunujące spojrzenie.
- W naszej rodzinie każdy członek przybiera postać wilka. - powiedział poważnie ojciec, wymienił z mamą porozumiewawcze spojrzenie, a po chwili na miejscu rodziców stały dwa wilki. Jeden (mama) wyglądała na naprawdę ładną wilczyce, której futro było białe, a oczynic, nic się nie zmieniły. Za to tata przybrał postać dość dużego czarnego basiora o groźnym wyglądzie, a jego zielone oczy bardzo błyszczały.


Wiem rozdział taki sobie i długo na niego czekaliście. Chce wszystkich za to bardzo przeprosić. Notki powinny pojawiać się regularnie. A teraz rzegnam i życzę wesiwłego Halloween i Wszystkich Świętych.

sobota, 17 września 2016

Prolog

Czasem czuję się jal odludek. Jestem jak osoba wędrująca między wymiarami, która szuka swego miejsca na ziemi. Co robić by przystosować się do naszego teraźniejszego świata? To bardzo proste, a diwiesz się o wszystkim kiedy przeczytasz historię moją i mojego bliźniaka...

Otworzyłam moje oczy. Wstaję, aby spojrzeć na budzik. Tarcza zegarowa wskazuje na godzinę 9:00. Poderwałam się z mojego łóżka i pomaszerowałam w stronę okna, by sprawdzić czy prognoza pogody przepowoedziana na dzisiaj jest prawidłowa. Doszłam do szyby, przyłorzyłam do niej moją twarz. Ciepły i sobotni poranek. Czego chcieć więcej? Uśmiechnięta powędrowałam do szawy, by muc przebrać się z piżamy na strój na codzień. Czyli szare dżinsy, biała bluzka z krótkim rękawem i niebieska bluza. Poszłam do łazienki ogarnęłam się, z kieszeni moich spodni wyciągnęłam I-phone i jak co sobotę selfie o poranku.
- Nicol śniadanie! - zawołałanie z do0u moja mama, która najwyraźniej dowiedziała się, że wstałam
Zeszłam ze schodów, pomaszerowałam korytarzem o błękitnych ścianach i otworzyłam białe dzwi prowadzące do kuchni i jadalni. W połączonych pomieszczeniach zastałam całą moją rodzinę. Mama smarzyła naleśniki, tata siedział w fotelu i czytał w gazetę, a przy stole siedział nie kto inny niż mój "ukochany" brat bliźniak William.
- No proszę śpiąca królewna wstała! - złośliwi powiedział William
- Przympnij jadaczkę. - powowiedziałam ostro do chłopaka, ten tylko uśmiechnął się złośliwie i wrócił do jedzenia śniadania. Dałan już sibie spokuj z bratem i ruszyłam do mamy.
- Cześć mamo - powiedziałam głosem aniołka i wzięłam tależ z jedzeniem. Przechodząc przez salon przywitałam się z tatą, a on popatrzył na mnie znad gazety, uśmichnął się uprzejmie i pomachał do mnie. Usiadłam na przeciwko Williama, jednak zanim zajęłam się jedzeniem wyjełam telefone ze spodni i sprawdziłam moje wiadomości na Facebooku. Znad I-phone zauwarzyłam, że mój brat wychylał się chcąc sprawdzić co robię na tepefonie. Postanowiłam to zignorować, wyłączyłam komurkę odłorzyłam ją na kracianym obrósie i zaczęłam smarować mojego naleśnika dżemem truskawkowym.
- Odrobiliście już pracę domową? - zapytała się mama mnie i Williama. Chciałam jej odpowiedzieć, ale brat mnie uprzedził.
- Momo jest dopiero 9:30. W dodadku jest sobota. Mam już cały dzień rozplanowany...
- Słuchaj, młodzieńcze - włączył suę do rozmowy tata - twoje gry wideo i pianie na Twiterze, Facebooku, Snapcgatach i nnych komunikatorach to nie jest plan na dzień. Co myślisz, że cały dzisiejszy dzień pozwolę ci spędzić przy komputerze? Poza tym musisz posprzątać w pokoju. - William nie był zachwycony tą wypowiedziom taty. A ta jego mina jak patrzył na tate z pode łba była bezcenna. Uważam, że mu się dostanie. Przyznam się, że rodzice nawet nie wiedzą, że często używam Facebooka. Kiedy William skończył jeść wzioł z komody w salonie swój tablet i z rozbawioną miną uciekł do swojego pokoju.
- Idę robić lekcje. - skłamałam rodzicom, ponieważ tak naprawdę miałam zamiar popisać z koleżankami.

Kiedy przekroczyłam róg mojego pokoju zamknęłam dzwi. Oczywiście przez patrzenie w telefon nie zauwarzyłam, że William sidzi na moim krześle od biurka.
- Wynoch stąd! To mój pokuj! - nakrzyczałam na brata
- Słuchaj siostra prorzyczysz mi ładowarkę do tableta. Moja się zgubiła. - zapytał William bardzo rozbawiony sama nie wiem czym. Zaczęłam grzebać w szafce nocnej i wkońcu znalazłam czarnu kabelek. Rzuciłam go Williamowi.
- Masz i spadaj! - powiedziałam
- Spoko już mnie nie ma. - powiedział i już trzymał klamkę od dzwi kiedy powiedział - O jeszcze jedno. Ten plakat Justina Bibera jest wieśniacki. Lepiej go zdjemij zanim narobi ci wiochy.
- Wiesz dzwi są na przeciwko ciebie wię proszę wyjdz już pokaż, że jesteś inteligentniejszy niż wyglądasz. - powiedziałam do brata z szyderczym uśmiechem na twarzy. William tylko pokręcił głową nadal z uśmiechem na ustach jagby wogle go to nie interesowało.

I tak właśnie minęły trzy tygodnie i wraz z nimi nadszedł koniec drugiej klasy gimnazju. Cieszyłam się niezmiernie. Wraz z moimi przyjaciółkami Rose Sketter i Jean Doges wyszłyśmy ze szkoły śpiewając radosne pieśni. Nagle obok nas przebiegł mój brat ze swoimi kolegami Jamesem Lovibondem i Lucasem Quantierem (naszym kuzynem). Chłopaki biegali jak oszaleli. Widząc nas jednak zwolnili.
- Cześć Nicol. O witaj Rose...naprawdę pięknie dziś wyglądasz. - powiedział ten ktoś kto uważa się za mojego brata. Niestety przez rozmowę Williama i Rose byłyśmy zmuszone zabrać chłopaków ze sobą do sklepiku.

Wkońcu z bratem doszłam do domu. William szybko zdjął swój swetr rzucił go tam gdzie stał, przeskoczył przez kanapę i szybko popędził do fotela, sięgną po pilot i włączył telewizje.
- Ty durniu! Masz to natychmiast podnieść. - krzyknęłam do chłopaka, który i tak mnie nie słuchał.
- Eee. Nicol. Chodź tu na chwile...- powiedział nieco nie pewnym głosem
- Syłszałeś co powiedziałam? Podnieś ten swetr! - wybuchnęłam
- Nie! Ty chodz tutaj! Na stole są dwa listy jeden do ciebie, a drugi do mnie.

Westchnęłam, przewróciłam oczami weszłam do salonu. Tam zastałam mojego brat, który trzymał w prawej ręce dwa listy w czerwonej kopercie.



Cześć! To ja wróciłam z długiej przerwy. To prolog. Jeśli wam się spodobał to proszę o komentarz. Jeśli wam się spodoba rozdział 1 będzie za tydzień lub dwa. Pozdrawiam.